piątek, 14 październik 2016 13:16

  • Facebook
  • Google Plus One
  • Tweeter
  • Wykop
Wspomnienie o Baruchu Dorfmanie

Dziennik izraelski „Haaretz” opublikował tekst poświęcony zmarłemu 7 września 2016 roku w wieku 98 lat Baruchowi Dorfmanowi, świadkowi ocalałemu z pogromu kieleckiego.

Baruch „Boris” Dorfman (1918-2016): „Ktoś krzyknął «Żyd»i tłum zaatakował mnie”.  Niewidomy sprzedawca warzyw i owoców z Holonu przez 70 lat nosił blizny pozostawione przez pogrom kielecki, podczas którego Polacy zamordowali 42 Żydów ocalałych z Holocaustu.

Życie nie obeszło się  łagodnie z Baruchem „Borisem” Dorfmanem, niewidomym emerytowanym sprzedawcą, który zmarł we wrześniu w swoim domu w Holonie, w wieku 98 lat. Dwie tragedie, które przeżył w młodości podążały za nim do ostatnich dni. Skazały go na życie pełne cierpienia, choć rzadko to okazywał. „Nie skarżę się, przedstawiam jedynie fakty. Co można zrobić – każdy ma swój los” – powiedział kilka lat temu.

Baruch Dorfman urodził się w 1918 roku w Sierpcu, mieście w centralnej Polsce. Był jednym z ośmiorga dzieci – czterech chłopców i czterech dziewcząt – Esther i Mendela Dorfmanów, którzy razem pracowali w lokalnym sklepie. Żydzi z Sierpca – w okresie międzywojennym było ich około trzech tysięcy, stanowili około jedną trzecią mieszkańców – nazywali miasteczko Shepsem. „Minęło wiele lat, ale nigdy nie zapomnę miejsca, gdzie się urodziłem. Nie zapomina się kraju, miasta, ulicy i numeru domu, w którym się przyszło na świat” – opowiadał Dorfman.

Szczególnie zapadła mu w pamięć przepływająca przez miasto rzeka, w której lubił się pluskać; boisko do piłki nożnej, gdzie Polacy i Żydzi razem kopali piłkę; i kino, w którym oglądał filmy. Zachował miłe wspomnienie z dzieciństwa – widok ojca, który wraca do domu ze sklepu ze słodyczami, wymachując torbami z łakociami przewieszonymi przez palce, po jednej dla każdego z dzieci.

Jako dziecko nie doświadczył wiele antysemityzmu. „Od czasu do czasu zdarzało się, że ktoś rzucił kamieniem w okno, nie baliśmy się jednak chodzić ulicami miasta. Nie było tak źle, jak w dużych miastach.”

W 1939 roku, niedługo po wybuchu drugiej wojny światowej, Niemcy najechali Sierpc. Dorfman, który miał wtedy 21 lat, uciekł na wschód. Nigdy już nie zobaczył swoich rodziców ani rodzeństwa. „Niemcy zabili ich wszystkich. Tylko ja przeżyłem” – opowiadał. „Prawdopodobnie zginęli w getcie warszawskim, możliwe że z głodu” – napisał w świadectwie, które złożył dla ich upamiętnienia w Yad Vashem.

Lata wojny spędził w Rosji, pracując jako drwal i uczeń fryzjera. „Przeżyłem wojnę w głodzie i zimnie, nagi, bez butów i samotny” – opowiadał później. „Ale wyszedłem z tego cały pod względem fizycznym” – podkreślił. Po wojnie wrócił do Polski w nadziei, że odnajdzie rodzinę. „Wróciłem do sztetla. Zapukałem do drzwi swego domu. Ktoś spytał, czego chcę. Powiedziałem, że chcę tylko zobaczyć ściany swojego rodzinnego domu” – opowiadał. „Spotkałem innych Żydów, którzy tak jak ja szukali swoich rodzin, ale nic nie znaleźli.”

Jednak zły los jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Gdy Dorfman jechał pociągiem do innego miasta, postanowił wysiąść w Kielcach i przyłączyć się do kibucu. „Ktoś powiedział, że za dwa lub trzy tygodnie będziemy mogli wyemigrować do Palestyny” – wyjaśnił. Jednak zaledwie tydzień później, 4 lipca 1946 roku, Dorfaman stał się jedną z ofiar pogromu dokonanego przez tłum Polaków wraz z wojskiem i milicją, wymierzonego przeciw grupie Żydów ocalałych z Holocaustu, mieszkających przy ul. Planty 7 w Kielcach. Zginęło około 40 Żydów, około 80 zostało rannych wskutek przemocy. „Tłum zaczął gromadzić się wokół budynku, krzycząc, że Żydzi uprowadzili polskiego chłopca” – opowiadał Dorfman, odnosząc się do rzekomego mordu rytualnego, który stał się pretekstem pogromu. „Potem ktoś krzyknął «Żyd»i tłum zaatakował mnie. Bili mnie i kopali. Ktoś rzucił mi kamieniem w twarz, rozbili mi głowę i upadłem na ziemię” – dodał w wywiadzie do nowego polskiego filmu dokumentalnego „Przy Planty 7/9. Bogdan’s Journey”.

Dorfman stracił jedno oko, a drugie zostało poważnie uszkodzone. „Nie straciłem przytomności. Słyszałem, jak jeden z napastników ładuje karabin i mówi, że mnie zastrzeli. Ktoś jednak krzyknął, że szkoda kuli, bo i tak zdechnę. Przeżyłem wojnę, oni jednak całkiem mnie złamali” – mówił później.
W tym roku obchodziliśmy 70. rocznicę pogromu kieleckiego, jednego z najbardziej traumatycznych zdarzeń w historii polskich Żydów. Skłoniło ono wielu ocalałych z Holocaustu do opuszczenia kraju. Zdarzenie to do dnia dzisiejszego pozostaje czarną plamą polskiej historii. Mimo że upłynęło tyle czasu, kwestia odpowiedzialności za te wydarzenia wciąż dzieli polskie społeczeństwo. W kręgach prawicowych propagowane są różne teorie spiskowe. Zgodnie z jedną z nich, za pogromem stały tajne służby radzieckie działające w okupowanej Polsce. Inni twierdzą, że „Żydzi sami sobie to zrobili”.

Tragedia ta „zdarzyła się już po II wojnie światowej, po straszliwym doświadczeniu Holokaustu. Zdarzyła się w państwie, które miało nową władzę – komunistyczną” – mówił polski prezydent Andrzej Duda w przemówieniu z okazji 70. rocznicy pogromu. „To także problem społeczny – nie tylko wojsko i milicja atakowały i tutaj były. Atakowali też ludzie… Pozostawiam ocenie historyków, socjologów, jak to się stało, dlaczego tak się stało, że ludzie zareagowali w taki, a nie inny sposób” – mówił też w przemowie.

„Oceniają to Polacy (…). Różne były zawiłości historyczne. To były określone uwarunkowanie historyczne i polityczne” – powiedziała polska Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska.

Szanowani historycy mówią jednak, że pogromu dokonali antysemiccy Polacy, którzy bali się, że Żydzi wrócą do swoich domów i zażądają zwrotu własności; oskarżali też oni Żydów o współpracę ze znienawidzonymi władzami sowieckimi. „To był czas, kiedy w pewnych grupach Polaków panował antysemityzm. Gdzie nie poszedłeś, znaleźli się ludzie, którzy pobiliby Żydów. Panowała histeria” – mówił Dorfman. „Jestem pewien, że mężczyzna, który uderzył mnie kamieniem, dziś wstydziłby się swoich czynów. Jestem tego pewien”. Miriam Mechtinger Guterman, również ocalała z pogromu, która zmarła w 2014 roku, powiedziała kiedyś: „Dziękuję Bogu, że moi rodzice zginęli w komorach gazowych, a nie z rąk tego bestialskiego tłumu”.
Dorfmana w końcu zabrano na ciężarówkę i zawieziono do szpitala, gdzie spędził rok pod opieką rosyjskiego personelu. Gdy został wypisany, niewidomy na jedno oko i z ograniczonym widzeniem w drugim, przeprowadził się do Warszawy. Tam poznał Yaakova i Lubę Zilberbergów, także ocalałych z Holocaustu, którzy teraz próbowali odbudować swoje życie. Yaakov był w sonderkommando w Oświęcimiu. Jego rozdzierająca historia została opowiedziana w książce „...płakaliśmy bez łez...”: Relacje byłych więźniów żydowskiego Sonderkommando z Auschwitz Gideona Greifa. Luba straciła oko pod koniec wojny, kiedy alianci zbombardowali pociąg towarowy, którym była przewożona do Niemiec. Zilberbergowie stali się nową rodziną Dorfmana.

Gdy został utworzony Izrael, Dorfman wyemigrował. Zamieszkał w Holonie, na południe od Tel Awiwu, gdzie dzięki członkostwu w Partii Progresywnej, mógł kupić mieszkanie. Jakiś czas potem Zilberbergowie podążyli za nim do Holonu. Dorfman pracował w warzywniaku do 1977 roku, kiedy to całkiem stracił wzrok i odseparował się w domu. Itzu Zilberberg, syn Yaakova i Luby, opiekował się nim po śmierci rodziców. Zadbał, by Dorfam w ostatnich latach życia, otrzymał pomoc ze strony państwa, dzięki której mógł zatrudnić Beverly, opiekunkę z Filipin. Choć nie było to łatwe, udało się jej zdobyć jego zaufanie i była przy nim aż do końca.

Mimo ciężkiego życia, Dorfman nie był rozgoryczony. Nie żywił urazy, ani nie użalał się nad sobą. „Nie tracę czasu na rzeczy. Cokolwiek masz – jest to dobre. Jeśli jest chleb, jesz chleb. Jeśli jest ciasto, zjadasz kawałek ciasta” – powiedział niedługo przed śmiercią. W jego 94 urodziny, odwiedziła go w domu grupa młodzieży z Polski. Spotkanie zostało nagrane i pokazane w polskim filmie dokumentalnym „Świętokrzyskie sztetle”. „Pytacie mnie, czy nienawidzę Polaków? Taka myśl nigdy nie przeszła mi przez głowę. Nigdy, nigdy” – odpowiedział w łzach. „Nie opłakiwał życia, które miał, ale żałował, że wysiadł z pociągu na stacji w Kielcach” – powiedział Itzu Zilberberg.

Ofer Aderet, Artykuł z „Haaretz” z dnia 22.09.2016 roku


Tłumaczyła Agnieszka Chrzanowska
Źródło: http://www.haaretz.com/jewish/news/.premium-1.743557

  • Facebook
  • Google Plus One
  • Tweeter
  • Wykop